wtorek, 20 grudnia 2016

Ostatnie urodziny

Dziś Twoje urodziny
Trzydzieste,
Dopiero trzydzieste
Nie zdążyłem spytać o prezent
Zawsze pytałem
Kochanie, czego pragniesz?
Czego potrzebujesz?

Żyć byś chciała?
Uwierz, nie potrafię
choć serce mi się kraja

Tęsknisz?
Nic nie poradzę
Tysiące łez wylałem
a tęsknoty nie pokonałem

Jak sobie radze?
Zmieniłem się
Zmieniłaś mnie
Żyje mimo straty
Tak trochę na raty

Zabrano nam wszystko
Wspólne plany, pragnienia,
Przyszłość całą
A teraz same wyrzuty, strupy
Została tylko przeszłość
Żywe wspomnienia
Radosne uniesienia

Masz ochotę na taniec?
Ostatni taniec
Tylko my we dwoje
Blisko, na odległość oddechu
By poczuć Twoje ciepło
Dawną intymność
Ciągle się żarzy
Nie zgasła jeszcze

Tak ładnie pachniesz
Nie płacz
Proszę, tańcz
Niech poczuje to ostatni raz
Twoje istnienie
Moje największe natchnienie

Ala, Najdroższa

poniedziałek, 5 grudnia 2016

Żałobna pętla


Żałobna pętla zaciska się na nowo
Dusi i gryzie, odbierając oddech
Bolesne wspomnienia wbijają się niczym nóż w serce
Powstają nowe, stare rany

Gdzie się podział ten czas,
kiedy Twoje szczęście było moją radością
a mój smutek Twoją porażką
Czas beztroskich dni,
kiedy wino piło się by świętować
a nie jak teraz by żałować
Czas, kiedy Twoje imię wzbudzało uśmiech na mojej twarzy
zamiast obecnego grymasu

Wszystko minęło bezpowrotnie
zostały tylko niewypowiedziane słowa
nieprzeżyte emocje i niewyrażone myśli,
które dźwięczą w głowie wyrzutem niczym kościelny dzwon

Rozpadam się na kawałki
Odpływam w nieznane






Paradoksalna prawda


Dogonił mnie czas
Wyprzedził, zostawił w tyle
Co robić?
Powroty do przeszłości są tak bolesne
Podróże w przyszłość nie mają celu
Zastygłem tu i teraz
w tym nowym świecie bez Ciebie

Czuję się taki zmęczony
Postarzałem się o Twoje życie
Musiałem przeżyć całą naszą historię na nowo
Pogodzić się z brakiem przyszłości dla Ciebie
Dorosnąć do paradoksalnej prawdy,
że w życiu liczy się jedynie miłość i śmierć

poniedziałek, 7 listopada 2016

Paradoksy wiary

Pytają mnie o Boga
Odpowiadam: nieobecny
Czasami dodaje: tym lepiej dla Niego!
A oni dalej,
że jakiś plan jest tajemny
że wszystko ma swój cel
nic nie dzieje się przypadkiem

Brakuje im wyobraźni
czy mają jej za dużo?
Uwierzyć w sens tej śmierci
To przyznać się do współudziału
Wpisać ją w plan jakiś
to stać się jego zakładnikiem
Pytać o Boga
to pytać o przestępcę

Wolę przypadek od podejrzanego ładu
Absurd od pozorowanego sensu
Samotność od kiepskiego towarzystwa
Wściekłość od pustych obietnic

A jeśli już modlić się pragniecie
o łaskę prosić Jego chcecie
To nie dla Niej
A dla Niego

niedziela, 6 listopada 2016

Życie offline

Kogo ja tu właściwie opłakuje?
Ciebie czy siebie?
Powiedzieć, że tęsknię
to nic nie powiedzieć
Każda strata boli
Ta boli głęboko
Boli mnie
bo Ciebie już nic nie boli
Ja jestem pusty
Ty przezroczysta
Ja w sieci
Ty offline
Przestałem Ciebie szukać
choć ciągle czekam
Sam nie wiem na co
Wiem, że nie przyjdziesz
ale nie mam gdzie iść
więc czekam
Płaczę nad sobą
bo mnie okradziono z Ciebie
Płaczę nad Tobą
bo już się nie zestarzejesz
Płaczę nad sobą
bo ja już młody nie będę
Płaczę za Ciebie
bo Ty płakać już nie będziesz

czwartek, 3 listopada 2016

Melancholijny melanż

Odstawiłem Cię jak alkoholik wódkę
Każdy kiedyś ma dość
Upijałem się Tobą rano i wieczorem
Trochę żeby zapomnieć
częściej żeby pamiętać
Melancholijny melanż
Wciąga jak dobra używka
Mami i zwodzi jak każdy narkotyk
Wystarczy
Nie chcę wspominać Ciebie
w kolorach późnej jesieni
Pamiętać poprzez smutne melodie
Medytować nad ziemią,
w której Cię pochowano
Myśleć wyłącznie o stracie,
zamiast tego kim byłaś
Próbuje wskrzesić stare obrazy
naszej dawnej świetności
Bez retuszu i foto-szopa
Beztroskie chwile codzienności
Niezwykłe w swej zwykłości
Barwna, pulsująca rzeczywistość
Pulsująca jednak coraz słabiej
bo zamknięta w dniu wczorajszym
bez pomostu dla jutra
w zawieszeniu wiecznego teraz
czyli nigdzie
Podobno alkoholikiem jest się do końca życia


niedziela, 30 października 2016

Alicja z krainy czarów

Alicja z krainy czarów

Zrezygnowałem z czasu przyszlego
mówiąc o Tobie
Zniknął horyzont przed nami
Patrzę jedynie wstecz
Oklejając się wspomnieniami
Stałaś się Alicją z krainy czarów
A kim ja jestem?
Może tym białym królikiem,
przez którego wpadłaś w dziurę
odkrywając nowy, dziwny świat
Mój świat
Teraz gorączkowo próbuje go przemeblować
Zrobić Tobie więcej miejsca
byś mogła poczuć się bezpiecznie
Swojsko, u siebie
To dom też dla mnie
Odkąd Ciebie nie ma
jestem bezdomny
Potrzebuje go bardziej niż Ty
Biały królik zagubiony
uczuciowo bezrobotny
czeka na swoją Alicję
na powrót krainy czarów
Ja budzę się każdego dnia
Dlaczego Ty ciągle śpisz?

Proces

Proces

Stoje z boku i spoglądam przejęty
Patrzę na nas, na Ciebie, na siebie
na to co się stało
i ogarnia mnie ciągle to samo
To nie możesz być Ty
to nie mogę być ja
To nie może być to
Nie chodzi o wiarę
ale o autoryzację,
a może lepiej kapitulację
o uprawomocnienie wyroku
skazany, ukarany,
ale za co?
Kogo wina, moja, Twoja?
I skąd ta kara?
Tak wysoka i okrutna
Niewspółmierna?
Nie, to za mało.
Gdzie ten sędzia?
Czyj to proces?
Wnosze o apelację
Mogę się przyznać
Tylko do czego?
O co mnie oskarżacie?
W co wy gracie?
Tak przyznaje,
żyć chcieliśmy,
Ona, ja, we dwoje
Jeśli to zbrodnia
każdy winny
Czemu zatem, ona?
Inni też zapłacą?
To ma być pocieszenie?
Wasza mowa końcowa?
To ja was oskarżam
Wasza zbrodnia, nie moja!
System niesprawiedliwości


Pusta meta

Pusta meta


Biegłem wczoraj dla Ciebie
Jak zawsze przygotowany
i w pełni zaangażowany
Co z tego, jak meta pusta?
Byli inni, ale bez Ciebie
Nie szukałem
Wiedziałem
choć prawdy jeszcze nie uznałem
Po raz pierwszy sam
Nie stałaś,
nie czekałaś
Kciuków nie zaciskałaś
Siedziałem sam
Z medalem
Okryty folią
W deszczu, ze łzami
Bólem mięśni
Bólem Ciebie
Wyczerpany, zdezorientowany
Ołowiane niebo nade mną
A w środku ten brak
Niepojęta strata
przy której ból fizyczny
to żart, atrapa
chwilowe, przemijalne
Tymczasem to nowe
takie nieodwracalne,
okrutnie finalne
Biegłem wczoraj do Ciebie
i niestety nie dobiegłem

Czekając na jutro

Czekając na jutro

Myślisz, że to kontrolujesz?
Tak się przynajmniej zachowujesz
Robisz plany, starasz się
Przygotowujesz się na jutro
Czekasz...
Czekasz, ale na co?
Na szczeście, na spełnienie
Widzisz je na horyzoncie,
Majaczy niczym meta na biegu
Pamiętaj,
to nie ty ustawiasz metę
to nie ty organizujesz te zawody
Tak, ty je biegniesz
Swoim tempem, w swoim stylu
A może tylko ci się wydaje?
Może to tylko przyzwyczajenie
automatyzm życia ci każe
Nie pytaj czy trasa ma atest
Życie nie ma
Ty nie masz
A skoro masz tylko ten bieg
mety nie widać
Zwolnij, rozejrzyj sie
Uspokój oddech
Sprawdź czy obok kogoś nie ma
i zadaj sobie pytanie:
Czy to jest naprawdę właściwe tempo?
Czy ja potrafię tak biec do końca?

Słowa

Słowa

Słowa
miękkie, twarde
czułe albo okrutne
do wyboru
w zależności od emocjonalnego koloru
poetyckie zaklęcia
przebiegła sofistyka
Po co to wszystko?
Jestem zmęczony
Możesz krzyczeć,
płakać, przeklinać
Prawda jest jak lustro
Stoi cicho obok ciebie
Obojętna
Kiedy ty oddychasz głęboko
Ona pozostaje niewzruszona
Taka pewna siebie
Spokojna, zrównoważona
Ty rzucasz się w klatce
jak dzikie zwierze
Ona tylko patrzy
oczami bez wyrazu
i przenika ciebie
Kawałek po kawałku
Warstwa po warstwie
Obiera jak cebulę
Zakrywasz oczy
Odwracasz się
Boisz się, że tam nic nie ma
że to wszystko ściema


Żałoba to nie choroba

Żałoba to nie choroba


Żałoba to nie choroba
Jak ci odrąbią kończynę
Krew popłynie
Nie ma siły
Będzie bolało
Nawet jak się zagoi
to wciąż boli
Można żyć bez ręki czy nogi
Nie w pełni sprawny
Mawiają
Kulejesz, trochę się zachwiejesz
Byle równowagę złapać
Czasami chwycisz coś niepozornie
Z przyzwyczajenia
i za chwilę swój los przeklinasz
Nawet jak wiesz, że tej reki nie ma
i tak cię sponiewiera
Ból fantomowy
Boli choć nie ma co boleć
Czujesz choć czucia nie ma
Somatyczna ułuda?
Żałoba to nie choroba
Twoje ciało wie lepiej

Zepsuty zegar

Zepsuty zegar

Zegar mi się spieszy
a może spóźnia
Jaka to różnica?
Nie działa
Potrzebuje dobrego zegarmistrza
Niech chociaż spróbuje
Przecież bardziej nie zepsuje
a może coś uratuje
Tęsknię za Tobą,
ale także za starym sobą
Przyziemnym, banalnym,
takim zwyczajnym
beztroskim,
trochę szorstkim,
ale radosnym
Skończył się wiek niewinności
Egzystencjalnej naiwności
Żegnaj słodka ignorancjo
Witaj wiedzo nieradosna
Miłość dopełniona bólem
A może odwrotnie
Ból dopełniony miłością
Spełnienie rodzące zwątpienie
Przywiązanie,
a potem mocne lanie
Bierzesz kredyt
bo cię nie stać
ale chcesz mieć swoje
Kiedy swą własność tracisz
Nie chcesz płacić,
więc uciekasz
ale dług zostaje
i czeka na kolejne rozdanie

Żałobne poranki

Żałobne poranki

Żałobne poranki
Budzisz się
ale nie potrafisz wstać
zagrzebany w mule
przysypany piachem
wieczornej tęsknoty
ruchy skrępowane
woli brak
walczysz jednak
wstajesz
ale siadasz od razu
Grawitacja ciązy
Melancholijny kac
Cięzka noc,
pełna pijanych myśli
Siedzisz i się zapadasz
a czas leci
Wpatrujesz się w zdjęcie
szukasz pomocy
Głęboka cisza
Zapadasz się jeszcze raz
a czas leci
Wstajesz,
zakładasz maskę
Uwiera i gryzie
Ciężko się w niej oddycha
ale chroni przed łzami
Pozwala być z innymi
bez tłumaczeń
litości i pocieszeń
więc grasz
słabo, ale grasz
i czekasz
czekasz, aż będziesz sam

Pomarańczowe lilie

Pomarańczowe lilie

Byłem na Twoim grobie
Jak strasznie to brzmi!
To nie jest miejsce dla Ciebie
Nie pasujesz tam
Ty, radosna, pełna życia
Otoczona tym smutkiem,
żalem i starością
Szukałem Cię wszędzie
Nigdzie nie znalazłem
Mówią, że teraz tam mieszkasz
Nie tak miało być
Przecież chciałaś zamieszkać ze mną
Tak bardzo chciałaś ...
Uczę się łączyć to miejsce z Tobą
Nie mam innego
Kupiłem Ci kwiaty
Wybrałem lilie,
a może one wybrały mnie
Pomarańczowe
Mało praktyczny prezent
Jutro już ich nie będzie
Odejdą jak Ty
Zawsze byłem taki pragmatyczny
Nie miałem zaufania do gestów
Liczyły się czyny,
wymierne działania
Teraz zostały tylko gesty
I słowa
Rozmawiałem z Tobą
Milczałaś
Głos mi się łamał
Taki elokwentny zawsze
A tu bełkot
Tyle chciałbym Ci powiedzieć
Tak bardzo chciałbym znowu usłyszeć Twój głos
Pośmiać się wspólnie po raz ostatni
Czy Ty w ogóle lubisz lilie?
Dlaczego Twój grób tak głośno milczy?!

Niedokończona podróż

Niedokończona podróż


Niedokończona podróż
Ty i ja razem, na pełny etat
Daleko, wysoko,
poza strefą komfortu
Kręcimy, pchamy, na przełęcz się wspinamy
Byle do przodu
Każdy dzień nowe wyzwanie
kryzys, przełamanie,
olśnienie, piękne zadośćuczynienie
Duma mnie rozpiera
Już nie jesteś w cieniu swego bohatera
Silna, dzielna,
Zuch dziewczyna
Coś mnie jednak poniewiera
Dobry sen mi zabrano
W zamian udręki dano
Kierownik wyprawy
zawsze sobie poradzi
Człowiek z żelaza
Twardy i odważny,
A jednak
Rdza go zżera
Spokojnie, przecież już blisko
Ciężka głowa, letnia bryza
Jedziemy, nie, płyniemy
Jesteśmy tuż, tuż
Zaraz wytchnienie, ostateczne spełnienie
Nagle, niemy krzyk
Ciche westchnienie
Totalne zawieszenie
Szach macht
Fizyczny krach
Dół, strasznie głęboki dół...
Gdzie to wytchnienie?
Gdzie to spełnienie?

Drzewo życia

Drzewo życia

Nie wypieraj
Nie zaprzeczaj
Pozwól rosnąć
Nie zrywaj póki nie dojrzeje
Niech spadnie sam,
delikatnie, bez pośpiechu
A kiedy spadnie,
zostaw, niech zgnije
Nie martw się,
Nie zapomnisz
Drzewo życia
wyda kolejne owoce
Nikt was nie rozdzieli
Nie musisz już uciekać
Tak wiem, ta rana się nie goi
Bo świeża i rozdrapana
Bądź zatem łagodny
Czuły, troskliwy jak ona
Niech żyje z tobą,
ale i przez ciebie
Nie bój się
Ona zawsze będzie

Pierwsza, ostatnia jesień

Pierwsza, ostatnia jesień

Nadeszła jesień
Pierwsza jesień bez Ciebie
Grzałem się w słońcu
które coraz rzadziej nas odwiedza
i podziwiałem kolory
Uczę się rozpoznawać je na nowo
stałem się daltonistą
odeszłaś wraz z nimi
Ty zawsze otoczona żywą barwą
zawstydzająca kwiaty wkoło
Nadeszła jesień
Niebo chodzi na szaro
Trawa już nie rośnie
Drzewa pożegnały liście
Zegar życia tyka dalej
Nie dla wszystkich tak samo
w moim wskazówki chodzą do tyłu
Żyje wspomnieniami
Utknąłem na mieliźnie pamięci
Rozdrapuje stare rany
Tworze nowe
Wymyślam sposoby by Cię uszczęśliwić
Wiem, kompensacja
Dręczą mnie spalone okazje,
Powiedz jak reanimować naszą radość?
Czy ta jesień się kiedyś skończy?



Nokaut

Nokaut

Siedzę sam w pustym pokoju
Smutek wypełnia go po brzegi
Jest niczym morze
Olbrzymi, przytłaczający
Fale uderzają mnie rytmicznie
Zadają ciosy niczym wytrawny bokser
Nie trzymam gardy
Nie umiem, nie chcę
Czuje się bezradny,
Złamany, otępiały
Jestem zmęczony
Niech bije
Tak, poddałem się
Jestem bez formy
Maratońska ściana
W zasadzie już na kolanach
Która to runda, ile jeszcze?
Niech odliczają...
Ala nie patrz!
Odejdź proszę!
Tak, to ja
Naprawdę ja?


Rzeczy do adopcji

Rzeczy do adopcji

Zostały po Tobie rzeczy
zwykłe, a jednocześnie tak niezwykłe
Leżą samotnie i czekają na Ciebie
Czekają na Ciebie jak dzieci na adopcję
Doskonale je rozumiem
Wszystko mnie wzrusza
Twój ulubiony kubek
Turkusowy talerz
Błękitne korale,
które przejechały ze mną tysiące kilometrów
by stać się symbolem naszego rozstania
Pościel, otulająca nasze ciała
Będącą świadkiem zmysłowych uniesień
Buty, w których się wspinałaś
Takie małe, już zniszczone,
ale przecież piękne,
bo Twoje.
Wszystko ciągle żywe
a jednocześnie bez Ciebie tak obce
Kto będzie nosił te wszystkie ciuchy?
Proste i eleganckie
tworzące Twój niepowtarzalny styl
Co się z nimi stanie?
Opuściłaś mnie jak te ciuchy
Bez Ciebie czuje się bezużyteczny
Co się ze mną stanie?

Zdjęcia

Zdjęcia

Uczę się Twoich zdjęć na pamięć
Widziałem je setki razy
Każdy szczegół, piksel po pikselu
Rejestruje je niczym numizmatyk
Wyglądasz inaczej
Twój uśmiech mnie zniewala
Twoje błyszczące oczy wprawiają me serce w drgania
Patrzę na Ciebie jak na bogini
Dziwię się jak mogłem żyć obok Ciebie
tak zwyczajnie, bez ciągłego zachwytu.
Stałem się niewolnikiem twojego obrazu
Noszę go w głowie niczym totem czy fetysz
Ja taki racjonalny i samoświadomy
Zakochałem się w Tobie na nowo
Jak szczeniak jakiś, Werter
z całą tą sentymentalną karuzelą uczuć
a nierzadko i kiczu
Patrzę i czekam
Gotowy na rozkazy i najwyższe poświęcenia dla mojej Pani
Ty jednak milczysz
I uśmiechasz się tajemniczo
jak na tym zdjęciu z kubkiem w dłoni
Uśmiechasz się z takim spokojem
Choć czekała nas najwyższa przełęcz
Uśmiechasz się, ufając, że nas tam wprowadzę
Zawiodłem,
tak strasznie zawiodłem.

Wybacz

Sny

Sny

Zostały tylko sny
Pieprzone sny
Wysypisko podświadomości
karuzela niespełnionych potrzeb i nadziei
Diabelska zabawa w chowanego
Gdzie jesteś, kto kryje?
Okruchy rzeczywistości, którymi
nie sposób najeść się do syta
a głód coraz większy
pragnienie ściska gardło niczym pętla
Co robić?
Jesz i pijesz
Łapczywie, jakby po raz pierwszy
Bo wkoło pustynia
Wiosny już nie będzie
A Ona jest
Możesz ją dotknąć, pocałować,
wtulić się w jej ciepło
wiec brniesz i brniesz
Zdziwiona patrzy na ciebie
Pyta: co się stało?
Proszę, nie pytaj, śpij!
Słońce zagląda przez okno
Odejdź, nie jestem jeszcze gotowy!
Ala, gdzie jesteś?!
Kto kryje?
I znowu sam


Noc bez gwiazd

Noc bez gwiazd

Spadło niebo pełne gwiazd
A wśród nich ta najcenniejsza: moja
Zawsze gotowa
Odważna i uparta
Dawała światło i ciepło
Nie oczekując niczego w zamian
Była, żyła, tak pięknie świeciła!
Specjalnie dla mnie, zawsze przy mnie
Teraz zapadła noc
Czarna niczym smoła
Ciemno, pusto, głucho, zimno
Gdzie się podział ten żar?
Kojący zmysły blask?
Kto wyznaczy szlak?
Kto pokaże ślad?
Zostałem sam
Bez nadziei na tam
Tu i teraz
Pośrodku niczego
Chwiejący się niczym pijany drwal
Patrzę w dal
i wypełnia mnie głęboki żal
bo gasnę sam
bez nadziei na zagojenie ran
Tak bardzo sam.